Licealiści Idziemy do fast foodu mieszczącego się w piwnicy, względnie chłodnej. Zimna woda, smaczna kanapka. Wymieniamy słówka w naszych językach. Interesuje ich, jak po polsku jest czarny, jak biały, jak brązowy. Brązowy bierze dwa papierosy. Jednego nonszalancko rzuca pod nogi czarnemu pracownikowi fast foodu. Ten podnosi papierosa z ziemi i dziękuje brązowemu. – Po skończeniu szkoły zamierzam zostać prezydentem. Nic nie robić i mieć dużo forsy. – A ja będę piosenkarzem. – Piosenkarzem? Takim lalala? – Nie, takim jak 50 Cent. On ma więcej niż prezydent. Wchodzą dziewczyny. Pospieszają chłopaków, przerwa zaraz się skończy. Brązowy, jak skończy 25 lat, ożeni się z jedną z nich. Pyta, czy ładna. Mało co widać. – A jakie dziewczyny są ładne? – Duże oczy, ładne usta, grube. – Czemu grube są ładne? Odpowiedzi nie potrafią przetłumaczyć na francuski. Sądząc po uśmiechach, ma to związek z seksem. Oglądałem kiedyś film dokumentalny o losie kobiet w Mauretanii. Dziewczynki są tuczone do olbrzymich rozmiarów, tak, że tusza często powoduje kalectwo. Rząd prowadzi akcję propagującą szczupłość, jednak – jak widać – gustu mężczyzn nie da się łatwo zmienić. Przez wieki grubość odróżniała kobiety Maurów od czarnych niewolnic. Mali Mali wita kobietami i muzyką. Muzyka jest wszechobecna. Przy każdym stoisku głośnik. Dźwięki nakładają się na siebie. Monotonna deklamacja z towarzyszeniem kory, obok szybkie afrykańskie rocksteady, naprzeciwko hip-hop z wielkich kolumn. Ale jaka to muzyka! Wszystko, co słyszę, chciałbym mieć na płytach w domu. Połamane rytmy, zakręcone harmonie, wirtuozerskie improwizacje, muzyczny kosmos. Od początku podróży nie widziałem tylu kobiet, co w Nioro w ciągu jednego dnia. Uśmiechnięte, swobodne. Duże dekolty, odsłonięte ramiona i plecy. Wzorzyste tkaniny ciasno opinają zgrabne pośladki. Kupuję owoc mango. Na ławce siedzi chłopak i dziewczyna. Robią mi miejsce obok dziewczyny. Siadam niepewnie na samej krawędzi. Jestem jeszcze przed prysznicem. „Ale ci biali śmierdzą” – musiała pomyśleć. Po chwili chłopak wstaje. Dziewczyna sięga po woreczek z zamrożoną wodą. Siedząc na krawędzi, przeważam ławkę. Z wielkim hukiem ląduję na ziemi. Dookoła śmiech. Śmieję się i ja. Sztuka Afryki Wstaję późno. Krótki dzień, kąpiel w oceanie. Fale rzucają mną jak szmacianą lalką. Idzie, idzie, teraz – nabieram powietrza, nie stawiam oporu, nie ma sensu. Góra, noga, góra, głowa, noga, dół. Fala cofa się, woda sięga kolan. Idzie następna… Obchodzę centrum Cape Coast. Za dnia traci urok, ale tylko trochę. Jest zaskakująco małe. Zamek, dom towarowy, pomnik kraba, bank – główne punkty orientacyjne. Za dnia spotykam wiele osób poznanych w nocy. Robi się seledynowo od rybackich sieci. Mężczyźni niosą je na głowach. Chodzą gęsiego, blisko siebie, jakby bawili się w pociąg. Jeden zwój sieci niesie czterech, pięciu ludzi. Betonowy kanał. Na dnie cienka stróżka brudnej wody, śmieci i dzieci. Miejski plac zabaw. W Cape Coast prawie nikt nie zwraca na mnie uwagi. Przyjeżdża tu dużo turystów. Spotykam amerykańską wycieczkę. Wśród nich kilkoro Afroamerykanów. Mimo koloru skóry są bardzo biali, chyba bardziej niż ja. Z kościoła przy plaży codziennie dobiega głośna muzyka. Surowa, niewygładzona. Koło gospodyń wiejskich z akompaniamentem punkowej, licealnej kapeli. Perkusja, zbyt głośny bas, pianino, trąbka, charyzmatyczny MC na mikrofonie i chór. Ciągną godzinami. Kto śpiewa, modli się podwójnie. Powoli, dumnie przechodzą syjamskie bliźniaczki. Głowy połączone kablem. Jedna niesie komputer, druga monitor. Jak tu nie być dumnym, mając kompa na głowie? Wieczorem znów spotykam Tię z chłopakiem. Świetnie się gada. Mamy zaskakująco podobne wrażenia i spostrzeżenia na temat Afryki. Kłopot z rozmową na temat Afryki polega na tym, że w naszych językach nie ma gotowych zwrotów pozwalających na łatwe opisanie rzeczywistości. Wszystko jest takie nieuchwytne. Razem łatwiej podjąć próby werbalizowania. Idzie nam całkiem nieźle. Rozmawiamy o Cape Coast, Ghanie, Afryce, o całym świecie. Cape unosi się kilka centymetrów nad ziemią, tu mogłaby się znajdować restauracja na końcu wszechświata. Chłopak Tii milczy. Słucha albo wyłącza się zupełnie. Podsumowuje krótko: – Niewiele osób ma szczęście żyć w miejscu, które kocha. Ja mam. Rozmowa schodzi na książki. Jądro ciemności. Tia nie wiedziała, że Conrad był Polakiem z pochodzenia. – Wy, Polacy, za granicą zachowujecie się dokładnie tak samo jak Irlandczycy w Ameryce. Możecie zamemłać gadaniem bez końca o swoich krajach. Przed wyjazdem do Irlandii nasłuchałem się o podobieństwach Irysów do Polaków. Na miejscu nie zauważyłem ani jednego. Co prawda pijemy równie dużo, ale w inny sposób. A tu proszę, w Afryce dowiaduję się, że jednak są jakieś podobieństwa. Staram się jak mogę, próbuję unikać tematów związanych z Polską. Na próżno, każda myśl ostatecznie ląduje nad Wisłą. – No problem – śmieje się Tia – jesteś typowym Polakiem, nic na to nie poradzisz. Siadamy na murku przy Youngster Spot. Miejscowy alk jest relatywnie tani. Obserwuję chłopaka tańczącego po drugiej stronie ulicy. Nie przerywa nawet między piosenkami. Jego ruchy są miękkie, śliskie, harmonijne. Nie tańczy dla nikogo. Nirwana. Istnieje tylko muzyka i jego ciało. A może nawet nie ma muzyki i ciała? Czasem ktoś przechodzi, przystaje, przez chwilę tańczą obok siebie. Nigdy razem. Idziemy na dach domu chłopaka Tii, podobno jest niezła panorama. Odchodzi jedyna widownia, jednak tancerz nie przerywa spektaklu. Wyjeżdżając z Polski, miałem plan, żeby poznać i opisać współczesną sztukę Afryki. Nie znalazłem jej w marnych obrazkach, w malowanych ręcznie billboardach reklamowych i plakatach przedwyborczych, nie ma jej w cepeliowskich rzeźbach. Sztuką Afryki jest życie. Piękno nie jest skumulowane w miejscach, przedmiotach, zamknięte w czasie. Hula sobie swobodnie jak wiatr. Czasem pobrudzi się od zderzenia z brzydotą, czasem zniknie gdzieś pod ziemią, po to, by po chwili wystrzelić w górę niczym fontanna. Afryka to jeden wielki nieprzerwany happening, teatr, performance. Wracam na kemping w towarzystwie mocno dojrzałej prostytutki. Idzie kilka kroków za mną, syczy przez szparę między zębami: – Faku, faku, faku. – Nie będzie faku faku, odejdź. – Faku faku. Pod palmą stoi samotny mężczyzna. Prostytutka zatrzymuje się przy nim. Po chwili odchodzą razem w stronę centrum. Jednak będzie faku faku. Malaria W piątek przepisywanie notatek na internet idzie niesamowicie opornie. Trzy godziny i tylko kawałeczek przepisanego z notatnika tekstu. Wkurza mnie wentylator, cmokający i syczący ludzie (tak w Afryce zwraca się czyjąś uwagę na siebie, na ulicach ciągle ktoś za mną cmoka lub syczy), wkurza mnie głośna muzyka. Znów „przypadkiem” spotykam Florence. Czy chcę gdzieś usiąść i napić się piwa? Tak, muszę gdzieś usiąść i odpocząć, dziwnie zmęczony jestem, ale nie chcę piwa, soft drink będzie OK. Dziwnie bolą mnie kości. Nie rozumiem, co Florence do mnie mówi po francusku. Jakiś facet mnie zaczepia, czego on ode mnie chce? Zaraz dam mu w zęby. Chyba mam grypę, bo przecież nie… Kurde, w sakwie była też książka o medycynie tropikalnej. Dobra, przestaję się oszukiwać, dobrze pamiętam, jakie są objawy malarii. W głowie huczą słowa grubego Anglika z hotelu: „ostatnie, co pamiętam, to przystanek autobusowy, obudziłem się kilka dni później w szpitalu z wyczyszczonymi dokładnie kieszeniami”. – Florence, chyba potrzebuję pomocy. Chyba zachorowałem na… Nie mogę sobie przypomnieć francuskiej nazwy malarii, tłumaczę, że to od komarów. Florence w końcu łapie, o co chodzi. Postanawiam poczekać do jutra, aby mieć pewność, że to nie grypa. Florence jutro ma mnie odwiedzić w hotelu, w razie czego daje mi numer telefonu. Jest jeszcze gruby Anglik, chociaż chyba miał dziś wyjechać. Kupuję telefon. Może być bardzo potrzebny. W sobotę rano Florence przychodzi do hotelu. Jestem strasznie słaby. Pakuję torby. Każda najdrobniejsza czynność to astronomiczny wysiłek. Jestem bardzo słaby. Jak niemowlak. Florence proponuje, żeby pojechać do niej na wioskę, do tego samego lekarza, u którego była z nogą. Poza tym będę mógł zostać u niej w domu tak długo, aż wydobrzeję. Nie ufam już nikomu w Afryce. Jej też nie, ale to najlepsze rozwiązanie. Jedyny problem jak dojechać do Ogue ? To jakieś 15 kilometrów od Lomé, można pojechać mototaxi, ale nie chcę zostawiać roweru samego w Lomé. Dam radę. Zawsze twierdziłem, że siła, także ta fizyczna, płynie nie z ciała, z mięśni, tylko z głowy, z umysłu. Pora na sprawdzian tej teorii. Florence bierze motocykl, ja mobilizuję całą siłę woli i wsiadam na rower. Najtrudniejsze 15 km całej podróży. Niewiele pamiętam. Brodziłem w gęstym ruchu ulicznym, chciało mi się pić, bardzo mi się chciało pić, znowu znalazłem się na Saharze, słońce paliło niemiłosiernie, oślepiające światło. Pustynia. Siła woli. Dostaję zastrzyk, zasypiam. Budzę się wieczorem. Nie wiem, gdzie jestem. Powoli sobie przypominam, tak, wiejski, jednołóżkowy szpital. Temperatura spadła, wróciłem z pustyni do żywych. Uśmiechnięty, delikatny lekarz o dziwnie jasnej skórze gratuluje mi silnego organizmu. Mogę iść do domu. Przed szpitalem czeka Florence. Lekarz daje jej recepty do zrealizowania. – Pamiętasz, jak tu przyszliśmy? Trafisz do mnie? Ja pojadę do apteki, zanim zamkną. – Tak, jasne że pamiętam. Po krótkiej chwili okazuje się że świat po spadku temperatury wygląda inaczej, nie mogę znaleźć domu Florence. Robi się ciemno, siadam pod szkołą, żeby móc łatwo wytłumaczyć, gdzie jestem, i dzwonię do Florence. – Zgubiłem się, przyjdź i mnie zabierz, proszę. Ciotka jest wesoła i dużo się śmieje. Śpimy w trójkę w jednoizbowej przybudówce. Następnego dnia dalej jestem potwornie zmęczony, kaszlę okrutnie, ale czuję, że najgorsze już za mną. Idę na internet, a Florence idzie pić. Spotykam ją potem w umówionym miejscu razem z ciotką i koleżankami. Siedzimy na podwórzu między domami. Panie popijają ciakpalo, togijską wersję pito (jest jeszcze tukutu, ale nie umiem ich rozróżnić). Na podwórzu miał być wybudowany dom. Stoi jedna ściana. Jedna palma i trzy młode drzewka o pniach jak palmy, lecz z liśćmi jak klon. Teren należał do pewnej kobiety, obecnie nieboszczki. Kobieta ta była pracowita, obrotna i zaradna. Kiedy okazało się, że jest w ciąży, kupiła ziemię pod budowę, aby zapewnić bezpieczeństwo sobie i dziecku. Jej mąż miał dwie żony. Ta druga, leniwa i gnuśna, nic nie miała. Z zawiści i zazdrości, ze strachu, że mąż obdarzony nowym potomkiem zapomni o niej, poszła do fetyszera voodoo. Ten przygotował odpowiednią truciznę. Gris-gris nie musi być spożywane bezpośrednio, może działać na odległość. Kobieta wraz z nienarodzonym dzieckiem zmarły. – Tu, w Afryce, jak ktoś chce cię zabić, nie używa noża czy pistoletu. Voodoo jest lepsze. Ja, jeśli wyjdę za mąż i zobaczę, że mój mąż ma drugą żonę, ucieknę jak najprędzej. Druga kobieta to śmiertelne niebezpieczeństwo – komentuje historię koleżanka Florence. W poniedziałek rano czuję się na tyle dobrze, że mogę ruszać dalej. Postanawiam w ramach podziękowania sfinansować naprawę skutera Florence – jest na szwajcarskich blachach, pewnie pamiątka po motocykliście. Żegnając mnie, ma łzy w oczach. Wyglądają prawdziwie. Nigeria Nigeria nie wita mnie wcale. Deszcz, dziesiątki biur do przejścia, formularzy do wypełnienia i urzędników do zgięcia się w pół. Po raz pierwszy w Afryce przeczesują mi bagaż na okoliczność przemytu narkotyków. Robi się już wieczór, kiedy dostaję paszport. Droga wolna, więc szybko się zmywam, na wypadek gdyby sobie przypomnieli o dodatkowej kontroli. Wioska za wioską. Bez żadnej przerwy, jak wagony w mauretańskim pociągu. Co chwila kontrole policji i innych formacji. Upierdliwie, ale dobrze, przynajmniej droga jest bezpieczna. Robi się ciemno, a przez te wagonowe wsie żadnego zacisznego miejsca na rozbicie namiotu. Skręcać z głównej drogi w obrębie wioski nie ma sensu. Próbowałem tego już w Ghanie. Zawsze znajdzie się ktoś ciekawski, kto postanowi sprawdzić, dokąd biały jedzie tą ścieżką. Mogę skręcać jedynie, kiedy jestem pewien, że nikt mnie nie widzi. Kolejny patrol. Tym razem wyglądają jak jednostka specjalna. Obwieszeni karabinami, kominiarek nie mają, ale czarne twarze wystarczą. Dowódca pyta, czy mój rząd jest świadomy mojej obecności w Nigerii. – Dając mi paszport, rząd jest świadomy, że mogę podróżować, dokąd zechcę. – A nasz rząd? – Dając mi wizę w Cotonou, wasz rząd wyraził zgodę na mój pobyt w Nigerii. Nie przekonuję go. Każe usiąść i czekać na głównego dowódcę. Z czasem robią się coraz milsi. Przestają trzymać na muszce, wypytują o szczegóły rowerowej podróży. Jest już dość późno w nocy, kiedy przyjeżdża główny dowódca. Paszport i wiza w porządku, droga wolna. Pytam się, czy mogę rozbić tutaj namiot. Wbijanie się w dżunglę po ciemku to trudna sprawa. Jednostka specjalna zajmuje opuszczoną stację benzynową. Pozwalają rozbić namiot na podjeździe. Długo nie mogę zasnąć. Potem budzę się co chwila. Często tak mam, kiedy nadciąga tropikalna burza. Pierwszy wystrzał jak pierwsza kropla. Drugi i trzeci, i już pada na całego. Wystrzały nie przypominają tych filmowych. Są krótkie, płaskie, urwane na końcu. Bez pogłosu, bez zwielokratniającego echa. „Plask, plask, plask”, jakby ktoś uderzał dłonią w udo. Co robić? Uciekać? Nie ma sensu. Policjantów jest dużo i są uzbrojeni po zęby. Z kimkolwiek się strzelają, dadzą radę. W końcu dobro zawsze wygrywa. Przywieram płasko do podłogi namiotu. To chyba najrozsądniejsze, co mogę zrobić. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi, im niżej, tym bezpieczniej. Tropikalna burza ma to do siebie, że kończy się równie nagle, jak się zaczyna. Ryk silników, bandyci odjeżdżają. Drugi ryk – rusza pogoń. Zasypiam. Rano widzę wszystkich, których zapamiętałem wieczorem. Dostaję wiadro wody do umycia się, częstują kawą, pytają o podróż, o to, czy się nie boję dzikich zwierząt. – Nie, zwierzęta nie są groźne. – Odważny jesteś. Atmosfera robi się na tyle przyjazna, że ośmielam się spytać o nocną strzelaninę. – Ha, obudziłeś się? Próbowaliśmy schwytać bandytów, ale uciekli. Jak widzisz, też lubimy przygody. Wiedziałem, że będzie przygodowo, ale nie przypuszczałem, że już pierwszej nocy zabawią mnie takimi atrakcjami. Co będzie dalej? Inshallah. Matrix Pierwszego dnia załatwiania paszportu opuszczamy biura zbyt późno, żeby wyjechać z Lagos. Na szczęście Bosun ma wielu znajomych. Jedziemy do komputerowej wioski w Ikeji, gdzie pracuje jeden z nich, aby w czwórkę, na dwóch semijohnsach, pojechać do niego na nocleg. Siedzę na chińskim motorku w środku, pomiędzy kierowcą a Bosunem. Kierowca jest duży, krępy i silny. I szalony. Szturcham go co chwila, wrzeszcząc mu do ucha, żeby zwolnił. Bosun cmoka i też wrzeszczy, tyle że do mojego ucha. Drugi kierowca rozpaczliwie próbuje dotrzymać mu kroku, daje znaki z prośbą o wolniejszą jazdę. Wszystko na nic. Nasz kierowca wpadł w trans. I tylko transowym kontaktem z duchami i innymi nadnaturalnymi mocami można wytłumaczyć, że jakimś cudem nie giniemy w wypadku. Przeciskamy się między samochodami, kiedy trzeba kierowca pomaga motorowi, odpychając się mocarnymi nogami. Wykorzystuje każdą szparę, byle szybciej. Co chwila zmienia pas ruchu, zjeżdża głęboko na pobocze. Są momenty, kiedy jedziemy w poprzek jezdni. Nie używa klaksonu, kierowcom, którym nie podoba się, że ocieramy się o burty ich samochodów, wygraża olbrzymimi pięściami. Sceny z pościgów samochodowych, jakie oglądałem na filmach, to pikuś. Matrix też wysiada. Biorę udział w szalonej gonitwie na chińskim motorze z dwoma pasażerami w chaosie lagoskiego ruchu drogowego.Mam dość, niech to już się skończy. Chcę wysiąść, przecież w końcu kierowca popełni jakiś błąd, nie zdąży się wcisnąć albo nie przewidzi czyjegoś ruchu. Staram się nie patrzeć, nie myśleć. Nie wiem, jak długo trwała ta jazda. Na pewno zbyt długo. Kiedy wreszcie się zatrzymujemy, ledwo stoję na nogach. Bosun też nie wygląda najlepiej. – Jak ci na imię? – pytam kierowcę. – Mohammad. – Mohammad, wiesz, że jesteś najbardziej szalonym, ale chyba i najlepszym motocyklistą, jakiego w życiu spotkałem? Błyskają białe zęby w uśmiechu. – Wiem. Trzysta naira. I znów przez dżunglę Pierwsze kilometry za Makokou napawają optymizmem. Wzniesienia nie są tak strome jak wcześniej, nawierzchnia też jakby lepsza, mniej zryta oponami ciężarówek drwali. Przyzwyczaiłem się do dżungli, przestała już budzić ten pierwotny lęk, o którym pisałem wcześniej. W sumie las jak las. Trochę gęstszy, bardziej wybujały, rośliny inne, nieznane, ale dalej jest to po prostu las. Chwilami prawie udaje mi się zapomnieć, że jestem w okolicach równika, a nie na wycieczce po Borach Tucholskich. Rozmyślam na temat survivalu w Europie. Organizuje się specjalne kursy, na których uczestnicy uczą się, jak przeżyć w ekstremalnych warunkach. Ekstremalne warunki to pewnie właśnie dżungla albo pustynia. Ciekawe, czego dokładnie uczą na takich kursach? Jakie triki, jaka tajemna wiedza mogłaby być przydatna, gdybym na przykład był jednym z pasażerów rozbitego w dżungli samolotu. Oczywiście znajomość pierwszej pomocy. Ale tego uczą i na kursie prawa jazdy. Trudno mi sobie wyobrazić jakiekolwiek na tyle uniwersalne rady, aby mogły być przydatne zarówno w gabońskiej, jak i amazońskiej czy indochińskiej dżungli. Kiedyś, jako dziecko, czytałem książkę na ten temat, głównie o budowie szałasów itp. Ale zbudować szałas każdy chyba potrafi bez specjalnego kursu? A może po prostu uczą, że jedynym sposobem na przeżycie w ekstremalnych warunkach jest zdrowy rozsądek, uważne rozglądanie się dookoła i wyciąganie wniosków z tego, co się widzi? To mogłoby mieć sens. Z drugiej strony, odpłatne kursy zdroworozsądkowego myślenia? Niezły znak naszych czasów. Zdrowy rozsądek. Wspaniałe narzędzie europejskiej kultury. Myślenie racjonalne, a raczej empiryczne. Wykuwane w mentalnych kuźniach greckich filozofów, udoskonalane przez następne pokolenia myślicieli, naukowców, badaczy. Narzędzie genialne. Jednak nie uniwersalne. I chyba w tym tkwi nasz europejski problem. Olśnieni możliwościami zdrowego rozsądku, ostrej brzytwy naszego analitycznego myślenia, używamy tego narzędzia zawsze i wszędzie. Zapomnieliśmy o innych sposobach radzenia sobie z rzeczywistością. Magię zostawiliśmy na chwile wznoszenia do góry płomienia zapalniczek podczas rockowych koncertów, nawet w sprawach religii gmeramy przy pomocy zdrowego rozsądku, usiłując historycznie udowodnić, że dwa tysiące lat temu po Palestynie chodził sobie koleś o imieniu Jezus. To trochę tak, jakbym olśniony możliwościami mojej maczety (także genialne narzędzie) wyrzucił szczoteczkę do zębów i nożyczki, a potem dbał o higienę jamy ustnej i robił pedicure maczetą. Jedną z najważniejszych zasad w malarstwie jest odpowiedni dobór środków do celów. Zasada ta jest na tyle uniwersalna, że spokojnie mogłaby się znaleźć w survivalowym pakiecie instrukcji. Rozmyślania i optymistyczny nastrój przerywa stromy, szutrowy podjazd. W połowie góry zatrzymuje mnie rów. Nie jestem w stanie ruszyć dalej. Próbuję pchać rower, ale buty osuwają się po drobnym żwirze. Pobocze jest zbyt zarośnięte, żeby próbować tamtędy. Nie ma innego wyjścia, tylko ściągać sakwy i wnosić jedną po drugiej na szczyt. Znów zaczynają się schody. Drogę przebiega zwierzę wielkości i kształtu borsuka z olbrzymim, puszystym ogonem. Nie jestem pewien, ale to chyba mangusta. Sierść ma tak głęboko czarną, że odblaski słońca nabierają zielonkawego odcienia. Drugiego dnia za Makokou droga zwęża się tak, że trudno uwierzyć, aby mógł nią przejechać jakikolwiek samochód. Rosnące po bokach krzaki i dwumetrowe trawy biją boleśnie po ramionach. Po południu mam dowód, że jeżdżą tędy samochody. Wciskam się w krzaki, aby zrobić miejsce półciężarówce nadjeżdżającej z tego samego kierunku co ja. Wyładowana ponad kabinę towarami i ludźmi. Pasażerowie krzyczą dziko na mój widok. Wrogo czy przyjaźnie, nie wiem. Uśmiecham się i macham ręką. Tak zawsze lepiej. Ostatnio mijam mniej potoków, chyba wjechałem na coś w rodzaju wyżyny. Dojeżdżam do wioski. Proszę o wodę. Mieszkańcy są jak najbardziej przyjaźni i trzeźwi. Jeden z panów podróżował aż do Libreville, więc co nieco wie o świecie za lasem. – Od czterdziestu lat czekamy, aż wybudują tu drogę. Co roku obiecują, obiecują i nic. Nie to, że nie mają pieniędzy. Mają ich nawet za dużo. Wypychają nimi prywatne portfele. O nas, zwykłych ludziach, nikt nie myśli. Bez drogi jesteśmy odcięci od świata. Kiedy zacznie padać, żaden samochód nie jest w stanie tu dojechać. Ale spróbuj głośno narzekać. Od razu cię zamkną. – A dużo tu białych turystów przejeżdża? – Bardzo mało. – Ale tak mniej więcej, ilu rocznie? – Ty jesteś trzeci. – W tym roku? – Nie, w ogóle. W latach sześćdziesiątych przyszedł tu na piechotę jeden biały z Konga, w latach osiemdziesiątych był jeden na motorze i teraz ty jesteś trzeci. Być może jakiś turysta przejechał niezauważony przez mieszkańców wioski na pace jakiejś ciężarówki, możliwe, tak czy siak, jest to niewątpliwie rzadko odwiedzana część świata. I tak rozmawiamy sobie o odizolowaniu, polityce (zaskakująco odważnie) i w ogóle o życiu na wyspie pośród oceanu dżungli. Żegnając się, życzę im serdecznie, aby w jak najbliższej przyszłości droga połączyła ich z resztą świata. – Ech, pewnie nie za mojego życia – pesymistycznie wzdycha światowiec. A może realistycznie?









